KONKURS JEDNEGO WIERSZA
Dodane przez Karina dnia Kwiecień 09 2014 18:21:56

Gratulujemy
Marcinowi Marczewskiemu (kl.III e)
zajęcia I miejsca
w Konkursie Jednego Wiersza
w Regionalnym Młodzieżowym Turnieju Poetyckim
prof.M.Z.

Prezentujemy zwycięski wiersz:


Rozszerzona zawartość newsa
Wiem, winienem być praktyczny, dziś, w rozwoju, pędzie, wiecznym biegu, kopyt tętencie,
(aż tchu brakuje gdy rozkład czytam)
nawet kiedy zasnę, spiesząc przez 42 kilometry życia, praktyczny mam być
I gdy podziwiam koniotrupa z obrazu Beksińskiego też.

Ale i niepraktyczność bywa,
jakby to ująć,
praktyczna w swej niepraktyczności.

Bo gdy zabraknie takiego wspomnienia czy owego,
byle ze strzępami rozerwanych ciał,
(no przecież inaczej to... efekty? no chyba nie)
to wtedy może zabraknąć ludzi, bo egzekucje bronią krótką,
jakąkolwiek bronią,
po nich z reguły nie ma kto być praktycznym,
w ogóle być...
Bo ołów nie krzepi wbrew mniemaniu.

Ale jak mam być praktyczny?
Jak, pytam?
Jak?
Skoro dziewiątka z ósemką w dwie dziewiątki się zmieniają,
bo kolejna cyferka (metr siedemdziesiąt człowieka),
kolejna po „błękitnym hełmie” dziewiętnastolatka zamiast mnie
weszła w szereg zmarłych cyfr Majdanu.

I Wschodu od Wschodu nie da się oderwać od siebie, bądźmy szczerzy,
więc mimo czasu i okoliczności odrębnych, czuję
dwadzieścia jeden tysięcy unicestwionych,
gdzie tam dwadzieścia jeden, więcej,
odartych z ich duszy,
dzień w dzień ograbianych
katyńskich straceńców.

Gdyż minus trzydzieści i śnieg brudny wyciągają siłę z człowieka wolno,
za wolno...
Mrozem miast kłami szarpią hart ducha,
najbardziej spragnione, gdy tylko zmęczone Słońce
zejdzie z posterunku.

5 marca 1940.
Siedemdziesiąt cztery lata.

Widzę, jak z rękoma związanymi dostają to ostateczne ukłucie kuli
i spadają nawet nie jak wór z odpadami, puści już,
z imieniem zerwanym jak pagon,
spadają ze swoją historią, co kielich papieru oblewa
listów Urszulek do ojców i pamiętników skazanych,
i listów urszulkowych matek do mężów.

„Ale wrócisz, prawda?
Za rok, dwa, ale wrócisz?
Urszulce tęskno do Ciebie,
a i ja Cię widzę w drzwiach,
rozdartej ranie naszego ogniska.”

I teraz na papierze książki ich historia się mieni, gdy zasypiam
wolny,
czytam.

Wracając jednak do tematu, no bądźmy praktyczni i precyzyjni!

Przyszła pięść w rękawicy z dwóch stopionych czerwieni-
komunizmu i posoki, co stalą były budowlaną wtedy.
Wujaszek był zadowolony, bo przemysł się rozwijał,
dzięki łapie przyniesionej nogą w bucie wojskowym,
czerwonym od zdeptanych tętnic.

Nie wszyscy radośnie kroczyli po bruku kostnym, ja wiem,
niektórzy potykając się widzieli wtedy,
że niekoniecznie stąpają po ziemi a po świeżym popiele.
Ale struktura nogi z ręką, bez mózgu, zdecydowanie preferowana była,
bo praktyczna przecież.

Czuję, jak ta noga, nożysko masywne, ukrwione powalająco,
och tak, powalająco,
cichcem odjęło prawa do myślenia i czucia samotnej czaszce.
Wycisnęło już nawet nie życie, a umieranie i ostatnie resztki krążenia,
odjęło wszystkie prawa raz, drugi, n-któryś
niekończącej się liście, przez co dziś rachujemy.

Liczymy tych, z którymi moglibyśmy liczyć coś bardziej praktycznego
niż liczbę ich ciał.

A ja czytam wpis przedostatni Kazimierza, jednego z wielu:
"194. (04.04.) Dziś wyjechało znów paruset jeńców jakoby do obozów rozdzielczych na zachód. A na dworze pochłodniało jak na złość. (05.04.) D[alszy] c[iąg] wyjazdów. Ja jestem też gotów - bielizna wyprana, buty naprawione."

Ponoć do obozów.
Ponoć.
Marcin Dælmiks Marczewski