MAF - „FILADELFIA”
Dodane przez czar dnia Marzec 18 2015 20:41:18

Uczestnicy Małej Akademii Filmowej naprawdę kochają kino, na serio traktują obraz filmowy, chcą dowiedzieć się o tej dziedzinie sztuki jak najwięcej, chcą oglądać - czasami naprawdę trudne i wyczerpujące psychicznie filmy. Przekonałam się o tym, kiedy zaproponowałam im po „Babel”, „Liście Schindlera”, „Foreście Gampie”, „Locie nad kukułczym gniazdem”, kolejny obraz ukazujący skomplikowaną rzeczywistość, w jakiej przyszło żyć współczesnemu człowiekowi. Mam tu na myśli film Jonathana Demme'a zatytułowany „Filadelfia” z 1993 roku.
Oglądając ten film „żeromiacy - kinomaniacy” po raz kolejny musieli przebrnąć przez egzystencjalne pytania, zaangażować się emocjonalnie, ale jestem pewna, że im trudniejszy obraz, tym cenimy go bardziej i bardziej jesteśmy usatysfakcjonowani. Zatem o czym jest „Filadelfia”? Filadelfia to nie tylko miejsce akcji, to także symbol, symbol walki o sprawiedliwość. Dlaczego? Ponieważ to właśnie w Filadelfii przed dwustoma laty została ogłoszona Konstytucja, dokument, który tą sprawiedliwość miał i ma zapewniać. Filadelfia to miasto prawa, rządzone przez wspaniałych prawych ludzi: prawników, prokuratorów, sędziów. Ale czy naprawdę są to tak krystalicznie czyści obrońcy prawa? Niektórzy tak, inni prawie, a jeszcze inni na pewno nie. Bo Filadelfia tak naprawdę to miasto jak każde inne: ze swoją przestępczością, nietolerancją i walką o pozycję społeczną. Bohater filmu, wzięty prawnik, wkrótce przekonuje się o tym, kiedy pracodawcy, odkrywszy, że jest chory na AIDS, zwalniają go z pracy. Jednak on postanawia walczyć, będąc przekonanym, że sprawiedliwość zatryumfuje.

Czytaj więcej...

Rozszerzona zawartość newsa

Uczestnicy Małej Akademii Filmowej naprawdę kochają kino, na serio traktują obraz filmowy, chcą dowiedzieć się o tej dziedzinie sztuki jak najwięcej, chcą oglądać - czasami naprawdę trudne i wyczerpujące psychicznie filmy. Przekonałam się o tym, kiedy zaproponowałam im po „Babel”, „Liście Schindlera”, „Foreście Gampie”, „Locie nad kukułczym gniazdem”, kolejny obraz ukazujący skomplikowaną rzeczywistość, w jakiej przyszło żyć współczesnemu człowiekowi. Mam tu na myśli film Jonathana Demme'a zatytułowany „Filadelfia” z 1993 roku.
Oglądając ten film „żeromiacy - kinomaniacy” po raz kolejny musieli przebrnąć przez egzystencjalne pytania, zaangażować się emocjonalnie, ale jestem pewna, że im trudniejszy obraz, tym cenimy go bardziej i bardziej jesteśmy usatysfakcjonowani. Zatem o czym jest „Filadelfia”? Filadelfia to nie tylko miejsce akcji, to także symbol, symbol walki o sprawiedliwość. Dlaczego? Ponieważ to właśnie w Filadelfii przed dwustoma laty została ogłoszona Konstytucja, dokument, który tą sprawiedliwość miał i ma zapewniać. Filadelfia to miasto prawa, rządzone przez wspaniałych prawych ludzi: prawników, prokuratorów, sędziów. Ale czy naprawdę są to tak krystalicznie czyści obrońcy prawa? Niektórzy tak, inni prawie, a jeszcze inni na pewno nie. Bo Filadelfia tak naprawdę to miasto jak każde inne: ze swoją przestępczością, nietolerancją i walką o pozycję społeczną. Bohater filmu, wzięty prawnik, wkrótce przekonuje się o tym, kiedy pracodawcy, odkrywszy, że jest chory na AIDS, zwalniają go z pracy. Jednak on postanawia walczyć, będąc przekonanym,
że sprawiedliwość zatryumfuje.
„Filadelfia” wywołała swego czasu spore zamieszanie, bowiem temat był i chyba niestety nadal jest kontrowersyjny. A w latach 90. XX wieku, kiedy to o AIDS nie wiedziano zbyt wiele, choroba ta była szokująca dla opinii publicznej. Co prawda, już wtedy medycyna odkryła, że nie można zarazić się przez dotyk czy pocałunek, ale zwykli ludzie nie byli tego całkowicie pewni, bali się. Tak jak mówi bohater grany przez Denzela Washingtona: „Co chwilę odkrywają coś nowego na temat tej choroby. Teraz słyszę: małe ryzyko zarażenia. Wrócę do domu, wezmę na ręce moją małą córeczkę, a za pół roku okaże się, że była inna droga przekazania wirusa, że przyczepia się do swetra czy buta.” Zwykły obywatel nie mający wiele wspólnego ze światem medycyny boi się AIDS, a co gorsza, nie traktuje jej jako choroby, a raczej przekleństwo. W filmie Demme'a dochodzi jeszcze wątek homoseksualny. Główny bohater jest homoseksualistą, więc według ludzi „normalnych” to jest jego wina, że zaraził się wirusem HIV. Dziś wiemy, że ta choroba dotyka także pary heteroseksualne - i to nawet częściej - lecz wtedy to była „plaga pedałów”.
I to właśnie dlatego Andrew został zwolniony z pracy. Nie dość, że ma AIDS, to jeszcze jest „pedałem”! „Filadelfia” mówi o nietolerancji w ogóle, obojętnie pod jaką postacią i przeciwko czemu występuje. Reżyser nie tylko przeciwstawia się nietolerancji, ale także ją ośmiesza, pokazuje nam jej podłoże. Demme niczego nam nie sugeruje, zadaje trudne pytania, na które my sami musimy znaleźć odpowiedzi.
Na zakończenie jeszcze słów kilka o obsadzie, która jest absolutnie wybitna. Andrew Beckett w wykonaniu Toma Hanksa ( aktor otrzymał Oskara za tę rolę!) to postać tragiczna, ale także heroiczna. Mimo że jego wygląd z każdą minutę filmu ulega tragicznej przemianie, to jednak widzimy, że pozostaje tym samym człowiekiem, który pokochał i nigdy nie przestał wierzyć w prawo i sprawiedliwość. Widz od samego początku mu kibicuje i to nie ważne czy jest to widz hetero, czy homoseksualny Chcemy żeby wygrał, naprawdę mu współczujemy i przeżywamy jego przygotowania do batalii, jaką ma stoczyć z bezdusznymi, okrutnymi i cynicznymi pracodawcami. Trzeba też zwrócić uwagę na rolę Denzela Washingtona (adwokat broniący Becketta). Jego bohater również przechodzi metamorfozę, tyle że wewnętrzną. Świetny też jest Antonio Banderas (życiowy partner Becketta). Z jego postaci emanuję ciepło, które widać zwłaszcza w niezwykle wzruszających scenach z rodziną głównego bohatera.
Ostatnia scena, kiedy na pogrzebie Andrew Becketta jego bliscy i przyjaciele oglądają film przedstawiający urywki z dzieciństwa prawnika, ma uświadomić nam widzom, że nie umarł homoseksualista czy nosiciel HIV, ale człowiek, zwyczajny człowiek.
W związku tym, że filmy jakie ostatnio obejrzeliśmy zawierają ogromny ładunek emocji i trudnych egzystencjalnych rozważań, to uroczyście obiecuję, że kolejne spotkanie będzie dotyczyło „komedii stulecia!

Maja Janus