STRONA GŁÓWNA Kontakt ze szkołą News przegląd Filmoteka Szkolna
Listopad 29 2021 22:42:51   
MINISTER EDUKACJI
MINISTER EDUKACJI
W ŻEROMSKIM
PROJEKTY







Nawigacja
REFORMA EDUKACJI

MENU

GALERIE

SZKOŁA

UCZNIOWIE

NAUCZYCIELE

ABSOLWENCI

BIBLIOTEKA

PEDAGOG SZKOLNY

GAZETA STEFAN

DOKUMENTY SZKOLNE

PODRĘCZNIKI

MATURA 2018

WOLONTARIAT

PCK

RADA RODZICÓW

Logowanie
Nazwa Użytkownika

Hasło



Zapomniane hasło?
Wyślemy nowe, kliknij TUTAJ.
IIC - WYCIECZKA DO ZAKOPANEGO
WYJAZDY

Nasza górska przygoda w malowniczym, wszystkim dobrze znanym mieście - Zakopanem, rozpoczęła się 5 listopada 2011r. i trwała przez trzy dni. Były to, jak się potem okazało, bardzo niebezpieczne, pełne przygód chwile (i bynajmniej nie chodzi mi tu o spacer po górach),...ale zacznijmy od początku.

Po wyjściu z autokaru przeszliśmy przez tajemnicze podwórze. W oczy od razu rzucała się tajemnicza, stara szopa, w której dowiedzieliśmy się, że magazynowano dość sporo ropy. Przed drzwiami do naszego pensjonatu ujrzeliśmy dywan rozłożony na nasze powitanie. I wtedy pojawiła się ona. Tajemnicza kierowniczka i serdecznym głosem rzekła: „ Proszę wchodzić” Stanęliśmy jak zamurowani, zastanawiając się którymi drzwiami można wejść do ...willi (?), okazało się bowiem, że obok siebie znajduje się ich aż dwoje. Przeznaczenia znajdujących się po lewej stronie drzwi nigdy nie odkryliśmy, ponieważ po drugiej ich stronie nie było śladu przejścia. Tak, dobrze zrozumieliście- dosłownie prowadziły one donikąd. Dowcipni uczniowie uznali, że znajduje się tam „Ciemna Strona Mocy”, i postanowili nie mieć z nimi nic do czynienia. Tak więc, jak na ścisłowców przystało, uczniowie idąc za głosem logiki, przekroczyli próg drzwi znajdujących się po prawej stronie. Ciekawość wzbudzały świąteczne ozdoby na ścianach pomimo, że mamy dopiero początek października. Czyżby obsługa pensjonatu koniecznie chciała zdążyć z zimowymi dekoracjami przed reklamą Coca Coli? Szkoda, że o to nie spytaliśmy.

Na polecenie pani Kingi rozeszliśmy się do pokoi. Nasze reakcje były różne. Dziewczyny zostały przywitane przez przyjaźnie brzęczące szerszenie w towarzystwie podskakującego (w celu ich złapania) mężczyzny. Chłopców zadziwiły artystycznie wbite w sufit haki niewiadomego pochodzenia. W ich historię również postanowiliśmy się nie zagłębiać dla własnego spokoju. Wchodząc do następnego pokoju, miało się wrażenie, ze czas tu zatrzymał się w miejscu, dokładnie od 2007 roku. Na ścianie widniał bowiem kalendarz z tego właśnie roku oraz ogromny "arras", który najwidoczniej widniał tu od kilku, a nawet ośmieliłabym się przypuścić, że od kilkunastu lat. Pokój ten miał jednak ogromny plus - umywalkę w pokoju (z małym minusem - na przywitanie wypłynęła z niego żółta woda) oraz balkon z pięknym widokiem na Giewont. Było to centrum rozrywki podczas naszej wycieczki, chociaż biorąc pod uwagę stan balkonu i upiornie skrzypiącą podłogę, istniało niebezpieczeństwo zapadnięcia się do pokoju niżej. Postanowiliśmy się jednak tym nie przejmować, ponieważ były w nim praktycznie same łóżka (no, może za wyjątkiem szerszeni), więc mielibyśmy dość miękkie lądowanie.

Ogólnie nie było źle, jak to się wydawało na pierwszy rzut oka. Głównym dowodem na to jest niewątpliwie to, że PRZEŻYLIŚMY i to bez żadnych większych uszczerbków na zdrowiu powróciliśmy do domów. A tak zupełnie na serio to do wszystkiego można się przyzwyczaić. Po pewnym czasie już nie zwracaliśmy uwagi na niemiłosiernie trzeszczące podłogi, łóżka i schody. Jednak najbardziej zaciekawiło nas tajemnicze znikniecie telewizorów z pokojów, tuż po obiadokolacji. Czyżby straszył tu jakiś duch?

Po smacznym (naprawdę!) obiadku udaliśmy się na pierwsza pieszą wycieczkę. Pełni energii i żądni przygód, poszliśmy na spacer po malowniczym Zakopanem. Naszym celem była Gubałówka, do której doszliśmy częściowo pieszo, gdyż potem przesiedliśmy się na kolejkę linową. Widoki z niej były wprost nie do opisania. Coś pięknego! A więc aparaty poszły w ruch i zabraliśmy się do robienia zdjęć "...w tak pięknych okolicznościach przyrody..." (przypisek J.Sierki: "Rejs" M.Piwowski - 1970). Potem spacer po Gubałówce, chwila czasu wolnego i zejście na dół z dość sporej i stromej góry. Daliśmy radę! Cali i zdrowi wróciliśmy do naszego pensjonatu.

Wieczorem urządziliśmy ognisko. Ze względu na dość sporą ilość ropy znajdującą się w starej szopie, o której już wcześniej wspominałam, dużo czasu zajęło nam szukanie odpowiedniego miejsca na rozpalenie ognia. Mając jednak w zanadrzu dwudziestu rosłych mężczyzn i byłego harcerza- profesora R.Kowalczyka - znów daliśmy radę. Watra płonęła, kiełbaski się piekły, a my słuchaliśmy opowieści pani profesor J.Sierki z jej poprzednich szkolnych wycieczek i wyczynów naszych starszych kolegów. Wszystkich zastanawiało jedno. Czy po naszej wyciecze też będzie tyle do opowiadania? (przypisek J.Sierki: NA PEWNO!!!). Następnie uczennica (nie ukrywam, że byłam to ja) zajęła się dość nietypową rozrywką. Zaczęła grać przeróżne "rzewne" piosenki na telefonie komórkowym. Nie mieliśmy co prawda sprzętu nagłaśniającego, ale jaki to problem dla naszego szkolnego MacGyver"a (czytaj: profesora R.Kowalczyka) i matematyczno-informatycznej klasy? Przytargaliśmy starą taczkę, która służyła nam za pudło rezonansowe, i mogliśmy się bawić na całego np. przy wszystkim dobrze znanej piosence „Kaczuchy”. To był bardzo miły wieczór, jednak niestety trzeba było udać się na spoczynek. Nazajutrz czekało nas kolejne, trudne zadanie - górska wędrówka.

W drugim dniu zeszliśmy na śniadanie o godzinie 8:00. Po oczach, humorach i twarzach niektórych z nas, łatwo było się domyśleć, że nie wszyscy poszli spać tak, jak to nakazuje cisza nocna. Przekonali się oni potem, że bez wątpienia był to błąd. Czekał nas bowiem morderczy szlak górski, zwany Doliną Gąsiennicową oraz żmudna marszruta do przepięknej urody, Czarnego Stawu. Podsumuję ją jednym słowem - masakra! No dobra, może trochę przesadziłam. (Przyznam się szczerze, że sama należałam do osób, które nie spały przez większość nocy, dlatego wysiłek po nieprzespanej nocy poczułam podwójnie.) Przez 8 godzin chodziliśmy od szczytu do szczytu, raz w gorącu, a raz w towarzystwie zimnego wiatru. Mimo wszystko warto było dla takich widoków przeżyć tą "mordownię". (przypisek J.Sierki: Należy w tym miejscu wspomnieć, że mieliśmy wyjątkowego farta. Przypadek sprawił, że po Tatrach oprowadzał nas przewodnik, który jest równocześnie (,a może przede wszystkim) znanym, zakopiańskim artystą rzeźbiarzem. Był nim Marcin Rząsa. Dzięki niemu mięliśmy okazję dowiedzieć się nie tylko o przyrodzie i historii "...tych góralskich lasów...", ale również co nieco o sztuce i artystach tam tworzących.)

O Marcinie Rząsie
Wikipedia - o Antonim Rząsie

O godzinie 17 wróciliśmy do ośrodka, wykończeni, ale w dobrych humorach. Czekała bowiem na nas nagroda - baseny Termalne w Bukowinie Tatrzańskiej. Do godziny 22:00 relaksowaliśmy się w basenach, jacuzzi i innych dobrodziejstwach, które nam zostały udostępnione. To była świetna nagroda za godziny spędzone na chodzeniu po górach, i chyba, że nie było osoby, która nie została usatysfakcjonowana taplaniem się w wodzie.

Trzeciego dnia dane nam było pospać aż godzinę dłużej, ponieważ śniadanie było o 9:00. Potem, jak łatwo się domyśleć, musieliśmy się spakować. O godzinie 10:15 wyjechaliśmy z ośrodka i udaliśmy się do galerii Władysława Hasiora. Był to dość dziwaczny akcent naszej wycieczki. Uczniowie zgodnie stwierdzili, że gościu miał "nierówno pod sufitem". Zapewne inaczej byśmy patrzyli na jego dzieła, gdyby ktoś tłumaczył nam ich przesłanie, historię i okoliczności wykonania. Jednak nasza wizyta w galerii ograniczyła się jedynie do obejrzenia eksponatów, a jedyne opinie, które można było usłyszeć, to opinie zdezorientowanych i zszokowanych pomysłowością i wyobraźnią ich autora.(przypisek J.Sierki: Muszę z żalem przyznać, że moi podopieczni niewiele wiedzą o sztuce współczesnej, ale ponieważ jestem zwolennikiem tezy, że człowiek całe życie się uczy oraz, że głęboko wierzę w inteligencję i zdolności poznawcze swoich uczniów polecam poszukać w internecie informacji o naszym wybitnym artyście, którego geniusz i wyobraźnia porównywane są przez znawców przedmiotu z geniuszem samego Andy"go Warhol"a)

Następnie w deszczu i zimnie udaliśmy się na Krupówki, gdzie mieliśmy wreszcie trochę czasu dla siebie. Nakupiliśmy pamiątek, oscypków i posilili się w pobliskich knajpach. O godzinie 15:00 wyruszyliśmy w podróż powrotną. Podróż minęła nam bardzo szybko przy opowieściach profesora R.Kowalczyka o pensjonacie, w którym się znajdowaliśmy. Były to mrożące krew w żyłach historie, które, sprawiły, że raczej więcej tam już nie przyjedziemy. Zmęczeni, lecz w wspaniałych humorach wróciliśmy do domów. Wycieczka bez dwóch zdań się udała , pomimo małych niedogodności i kryminalnej historii naszego ośrodka. Będziemy te trzy dni wspominać długo i bardzo miło!

Marta Drabek, kl. IIc

Zapraszamy do galerii