STRONA GŁÓWNA Kontakt ze szkołą News przegląd Filmoteka Szkolna
Listopad 29 2021 22:30:31   
MINISTER EDUKACJI
MINISTER EDUKACJI
W ŻEROMSKIM
PROJEKTY







Nawigacja
REFORMA EDUKACJI

MENU

GALERIE

SZKOŁA

UCZNIOWIE

NAUCZYCIELE

ABSOLWENCI

BIBLIOTEKA

PEDAGOG SZKOLNY

GAZETA STEFAN

DOKUMENTY SZKOLNE

PODRĘCZNIKI

MATURA 2018

WOLONTARIAT

PCK

RADA RODZICÓW

Logowanie
Nazwa Użytkownika

Hasło



Zapomniane hasło?
Wyślemy nowe, kliknij TUTAJ.
WYMIANA POLSKO-NIEMIECKA 2010
WYJAZDY

Czarno-czerwono-żółte wspomnienie
Dziewiętnasty zbliżał się już niemałymi krokami. Codzienne spotkania o dziesiątej trzydzieści przypominały nam zresztą o tym bardzo skutecznie (a oprócz tego o stu dwudziestu trzech innych rzeczach: zabrać kostium kąpielowy, nie zapomnieć karty ubezpieczenia europejskiego, spakować prezent i wygodne buty!). I szczerze mówiąc, brakowało w nas entuzjazmu do wyjazdu. Sami nie wiedzieliśmy, gdzie podział się nasz zapał do… właściwie wszystkiego. Na szczęście zmieniło się to w chwili naszego przyjazdu do Hockenheim. Zmęczeni podróżą trwającą troszkę więcej niż plan przewidywał, zostaliśmy przywitani w niby prosty, ale jakże uroczy sposób – mianowicie przywitał nas duży, kolorowy napis „Herzlich willkommen” trzymany przez wszystkich naszych niemieckich kolegów. I tak! – entuzjazm pojawił się, gdy...

... ich znowu zobaczyliśmy, mogliśmy przywitać, popiszczeć, pokrzyczeć, poprzytulać. Rodziny przyjęły nas bardzo serdecznie, ale chyba każdy z nas był tak zmęczony nicnierobieniem, że „padł” zaraz po poznaniu nowych rodziców.
Drugi dzień zaczął się od obowiązkowego powitania zarówno w szkole przez dyrektora jak i w ratuszu przez burmistrza. Będąc w Hockenheim nie można było nie zobaczyć toru Formuły 1. Tak, tak, panowie, możecie nam zazdrościć! Zwiedziliśmy też samo miasteczko. Wyjątkowo urokliwe miasteczko.
Cele wymiany są zawsze jasne. Przede wszystkim poznać nowych, nieco innych ludzi, nową kulturę, czegoś się nauczyć i wreszcie coś zobaczyć. Nam udało się wszystko. „Naszych” Niemców, mimo tego, że spotkaliśmy ich po raz pierwszy rok temu, poznawaliśmy bardziej, bliżej. Bawiliśmy się razem naprawdę świetnie. Nie tylko wieczorami. Chociaż o nich wiele można byłoby opowiadać. Piątkowe kręgle, sobotnia kawiarenka, niedzielny klub salsy, poniedziałkowe garden party, czwartkowe ognisko… – żyć nie umierać! A tym bardziej nie wracać.
Czy kultura niemiecka nas urzekła? Tak. Ludzie są bardzo mili i uprzejmi. Wszystko wszędzie w należytym porządku, bez zbędnych uniesień. Jednak na pytanie, czy chcielibyśmy tam mieszkać, niemal jednogłośnie mówimy nie. Dlaczego? Bo Polacy chyba po prostu nie lubią takiego ładu i ciężko by nam było się do niego przyzwyczaić.

Nasz pobyt w Hockenheim nie ograniczał się, rzecz jasna, do pobytu tylko w Hockenheim. Bo tak naprawdę dłużej byliśmy wszędzie indziej niż w samym miasteczku. Weźmy na przykład dzień trzeci, tak na początek.
Kolonia. Köln. Jak kto woli. Byliśmy pierwszą grupą, która to właśnie miasto miała okazję zwiedzić. Nie wiemy z jakiego powodu doznaliśmy tego zaszczytu, ale jedno jest pewne - dobrze, że tam byliśmy. Katedra gotycka [1248 – 1880 (plusika?)] wyrasta tam spośród kompletnie niepasujących architektonicznie budynków, co tworzy swoisty klimat tego miejsca. A druga rzecz, która przypadła nam do gustu – Subway/McDonald i sklepy! Prawie każda z nas ( faceci nie byli o wiele gorsi) przyjechała stamtąd z co najmniej jedną parą butów więcej. Butów nigdy nie za dużo, ale to tak…na marginesie. Nie mogłabym tu nie wspomnieć o spóźnieniu. Bo spóźniać się, moi drodzy, nie wolno! Ale, no, trudno, w końcu: Einmal ist keinmal.
Miast, które zwiedziliśmy było jeszcze kilka. Würzburg z jedyną w swoim rodzaju niby-romańską katedrą, Schwetzingen z, nazwijmy to, niezłej jakości podróbką Wersalu. Rottenburg ob der Tauber, w którym roiło się od pluszowych miśków i sklepów bożonarodzeniowych. Tego nie da się opisać, to trzeba zobaczyć. Chociaż szczerze mówiąc, dość trudno jest poczuć magiczny klimat świąt w połowie września.
Odwiedziliśmy także Francję. Gdzież tam mielibyśmy się ograniczać! Jak zachód, to już najlepiej cały.
Strasburg zdecydowanie nas urzekł, a katedra została okrzyknięta absolutnie najlepszą i najpiękniejszą ze wszystkich, które dotychczas widzieliśmy. Gotycka, prosta, z klimatem i klasą. Co więcej, jako, że nasza wspaniała polska dziewiętnastka i dwójka Niemców kondycję ma nienaganną, 66 metrów wzwyż ( w wolnym tłumaczeniu – na katedrę) nie zrobiło na nas wrażenia. Do czasu, proszę państwa, do czasu. Jednak najlepsza zabawa zawsze zaczyna się na końcu. Bo po tym, jak nasz Pan Profesor usiadł na stołku za sztalugą i poprosił o narysowanie karykatury, wszyscy szeroko otworzyliśmy buzie, wykrzywiając kąciki ust ku górze ( co doskonale widać na jednym ze zdjęć). A dzieło niebywale nam się podoba. Chodzą słuchy, że będzie je można gdzieś, jakoś zdobyć. Wiemy na pewno, że jeśli faktycznie dojdzie to do skutku, chętnych będzie o wiele więcej niż wielu, a i zdobycie do łatwych zadań należeć nie będzie. Ale to jeszcze nic. W tym francuskim, zaczarowanym ( i potwornie drogim) mieście, nieopodal katedry znajduje się karuzela. Nie byle jaka karuzela! Wiecie, koniki, karoce, osiołki, powozy kręcące się kółko. Jest ona naprawdę tak urocza, że pewna wspaniała trójka nie mogła się jej oprzeć, toteż podążyła za równie wspaniałym niemieckim przyjacielem i dosiadła owych rumaków. Wierzcie mi, że widok wart miliony. A uśmiech na długo pozostał na twarzach wszystkich. Wszystkich. Bo to tak prosto sprawić komuś radość!
I w końcu Heidelberg. Tam przede wszystkim zachwycił nas gotycko-renesansowy zamek wznoszący się na Königstuhl. Widok był na tyle niesamowity, że część z nas wróciła tam jeszcze w sobotę, już w grupie kilku tylko osób. Warto zwrócić uwagę, a właściwie przede wszystkim, że najważniejszy w tym studenckim mieście jest uniwersytet. Wiedzieć trzeba, że jest on najstarszym w Niemczech ( 1386) i studiowały tam takie osobistości jak Adolf von Baeyer czy Wolfgang Schneider ( dla niewtajemniczonych – pan Schneider to postać legendarna – dzięki niemu wymiana wciąż istnieje; jedna z najsympatyczniejszych osób, jakie spotkałam, i pewnie nie tylko ja). W okolicach Heidelbergu mieliśmy jeszcze jedną, trochę inną atrakcję – Kletterpark. Innymi słowy – park wspinaczkowy, a właściwie linowy. Nutka adrenaliny jeszcze nikomu chyba nie zaszkodziła. Dlaczego miałaby zaszkodzić zatem nam? Z takim założeniem podzieliliśmy się na dwie grupy odważnych i stanęliśmy gotowi do podjęcia wyzwań. Zabrzmiało bardzo poważnie. Nie, nie tak miało zabrzmieć. Bawiliśmy się tam naprawdę rewelacyjnie, ale co się nakrzyczeliśmy, to nasze.
Jeśli już o adrenalinie mowa, wspomnieć trzeba, że w niedzielny ranek, przed i popołudnie spędziliśmy w Holiday Parku, czyli całkiem sporym wesołym miasteczku. Kilkakrotne przejazdy rollercoasterem rozciągającym się przez cały park, zjeżdżanie kłodami w wodnych hm…kanałach, wirowanie w filiżankach. To wszystko równa się niesamowite wspomnienia, a dodając do tego wyśmienite towarzystwo = dzień idealny.

Jak nam się podoba tamta, niemiecka szkoła? Tutaj nie mogę generalizować. Jednym się podobało dużo bardziej, innym dużo mniej. Półtoragodzinnym lekcjom, siedzeniem w szkole czasem nawet do 17 i pięciominutowym przerwom mówimy zdecydowanie nie. Co innego wybór przedmiotów w ostatniej klasie, przesuwane tablice, relacja nauczyciel – uczeń. Tu jesteśmy na tak.

Nie da się zawrzeć dziesięciu dni na kilku stronach w Wordzie. Trzeba być, trzeba czuć, trzeba się przekonać samemu, trzeba zobaczyć własnymi oczami. Słowo na zakończenie? Warto.

Karolina Szołtek

Zapraszamy do galerii