STRONA GŁÓWNA Kontakt ze szkołą News przegląd Filmoteka Szkolna
Listopad 29 2021 21:13:03   
MINISTER EDUKACJI
MINISTER EDUKACJI
W ŻEROMSKIM
PROJEKTY







Nawigacja
REFORMA EDUKACJI

MENU

GALERIE

SZKOŁA

UCZNIOWIE

NAUCZYCIELE

ABSOLWENCI

BIBLIOTEKA

PEDAGOG SZKOLNY

GAZETA STEFAN

DOKUMENTY SZKOLNE

PODRĘCZNIKI

MATURA 2018

WOLONTARIAT

PCK

RADA RODZICÓW

Logowanie
Nazwa Użytkownika

Hasło



Zapomniane hasło?
Wyślemy nowe, kliknij TUTAJ.
1E ZAKOPANA/ZAKOCHANA W TATRACH
WYJAZDY


"Zakopana pierwsza e

- czyli w dwóch słowach o wycieczce do Zakopanego prawie wiosną 2009"

Siódma czterdzieści sześć. Prawie(!) wszyscy już ubrani w ciepłe kurtki i odpowiednie na tę piękną porę roku buty przed wejściem do naszego MOK-u. Torby mniejsze i większe, walizki, plecaki, torebki. Oczekując na autokar dreptamy w miejscu, żeby nie odmarzły nam nóżki w odpowiednich (co trzeba podkreślić raz jeszcze, bo ...czy adidasy to niedobre obuwie na metr śniegu?!) butach. W końcu przyjechał. Niestety w niepełnym składzie weszliśmy grzecznie do tego dużego pojazdu i jak to zwykle bywa chwila "walki" o najlepsze miejsca musiała nastąpić. I nastąpiła. I tak bez żadnych ciekawszych przygód (na szczęście albo może i nie na szczęście) w towarzystwie wybitnej lektury wyśmienitego czasopisma dla kobiet pt: "Joy" mijała nam podróż do Zakopanego.

Koło dwunastej. Śniegu co niemiara. A my mamy wyjść do tej lodowej krainy. Jakoś nie bardzo się do tego paląc, powoli założyliśmy ubrania (wierzchnie, nikt się przecież nie rozbierał w AUTOKARZE!) i po chwili byliśmy już na parkingu pod jakąś kolejką na Sz. Nazwa jest mało istotna. Ważniejsze jest to, że wjeżdżając tam w jakiś kapsułach (nazwanych później przez nas debilatoriami) zmarzliśmy jak (...) Co gorsza na górze czekał nas ponad dwukilometrowy spacer na Gubałówkę. Podziwiając piękną zimę wiosenną czy (jak kto woli)wiosnę zimową przechadzaliśmy się po zasypanej kompletnie ścieżce, pełni nadziei, że na końcu będzie można wypić coś ciepłego. Nasze prośby zostały wysłuchane i pod koniec drogi wyłoniła się ze śniegu przytulna pizzeria.

Późnym popołudniem Krupówki, chwila na zakupy i wreszcie do Dworku Tatrzańskiego - naszego pensjonatu.

Chwila zachwytu pokojami, rzucenie toreb gdzieś na podłogę i szybkie przemeblowanie ( tylko u niektórych). Połączone łóżka wyglądały znacznie lepiej, toteż mogliśmy się wtedy spokojnie i z czystym sumieniem estetycznym(?) przebrać i po dosłownie chwili byliśmy już na dole, czekając na obiad. Zresztą jaki pyszny obiad! A potem czas już leciał wyjątkowo szybko. Ploty, pogaduchy, trochę tańca, wygłupów. Zasnęliśmy zmęczeni o wyjątkowo wczesnej porze, zupełni nie tak, jak na wycieczkę przystało. Ale za to jakie były efekty!

Dzień drugi. Spojrzenie na okno. Taak! Słońce! No i śnieg. Śnieg, który padał, padał, padał i tak dla odmiany...padał. Przerażeni wizją dłuuugiej wyprawy, którą nam obiecano, spojrzeliśmy na siebie i bez buntu po godzinie czy półtorej byliśmy już w drodze po Pana Przewodnika. Ten okazał się przemiłym, przesympatycznym góralem, z wyraźną tendencją do mówienia "a wiecie co?".

Cel osiągnięty. Dolina Kościeliska. Jako, że słoneczko świeciło cudownie, naszła nas ochota na zabawy na śniegu i przez całe 5 kilometrów ktoś leżał w grubej warstwie białego puchu. Część trzymała się jednak dzielnie i nie pozwoliła się tak łatwo wrzucić w zaspy, jednak w końcowym efekcie każdy był przemoczony od stóp do głów łącznie z bielizną. I naprawdę nie było ani jednego wyjątku. Wspaniałe nasze Profesorki także padły ofiarą między innymi Pawła czy Bartka. Spacer, chociaż podczas czwartego stopnia zagrożenia lawinowego, minął niezwykle przyjemnie i bez żadnych urazów.

Wieczór też był wybitnie sympatyczny. Planowana dyskoteka nie doszła do skutku, ale za to jakże miła dyskusja się narodziła przy gorącej wodzie lub też herbacie czy kawie. I właśnie wtedy się poznaliśmy bliżej, bardziej. Wydaje mi się nawet, że w ciągu tych parunastu minut zmieniliśmy sposób, w jaki do tej pory patrzeliśmy na innych. Takie dziwne wiązania się wytworzyły, niby takie spolaryzowane, a jednak koordynacyjne...

Ostatni dzień, jak to zwykle bywa, był troszkę inny od tych poprzednich. Taki w biegu, z myślą, że trzeba już wracać. Pakowanie, kupowanie pamiątek i tym podobne. Potem jakieś muzeum. Zdaje się, ze jedno ze starszych czy jakoś tak. Ale niestety, większość z nas była już tak "pociągająca", że naprawdę niełatwo było słuchać dość nieciekawej przemowy pana przewodnika.

I tak minuta po minucie zbliżał się nieuchronnie koniec. Ale za to jaka ciekawa była droga powrotna. Coś więcej? Hm...

Było genialnie. Niepowtarzalnie i inaczej. Jesteśmy teraz bardziej razem niż osobno, ale potrzebujemy jeszcze na pewno kolejnej wycieczki. To... kiedy Pani Profesor ;)?

Karolina S.

Zapraszamy do galerii